środa, 5 grudnia 2012

Urlop

jestem na urlopie - cieszę się - ale nie mogę sobie znaleźć miejsca. Ja pracoholik, który spędza pól dnia w pracy, z czego w domu małą chwilkę. Teraz tu jestem i nie wiem co mam z tym fantem zrobić.

No dobra - posprzątam - wiecie - odkurzę, umyje podłogi, może nawet je wypastuje, gdyby nie było tak zimno pewnie umyłabym okna (ale jest przeraźliwie zimno, więc sobie daruje - aż taką wariatka nie jestem) - może pojadę do miasta - poszaleć po sklepach. Tak to jest myśl :)

A wy poza odpoczywaniem co robicie na urlopie w grudniu?

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Senne śpiewanie

Niunia jest wykapana, od 10 minut leży w swoim łóżeczku i zamiast zasypiać - śpiewa:
"Tańczymy labada, labada, labada,
 tańczymy labada, małego walczyka,
 Tańczą go harcerze, harcerze, harcerze,
 tańczą go harcerze i małe zuchy też"

dobre rady?

Pamiętam, że gdy tylko Niunia się urodziła na mojej drodze pojawili się ludzie "życzliwi", którzy postanowili udzielić świeżutkiej Mamie kilku cennych rad. Nie powiem - z niektórych - tych cennych skorzystałam, ale niektóre do dzisiaj przyprawiają mnie o "trzepotanie pępka".

"Pamiętaj nie noś, nie kołysz" - powód bo się przyzwyczai i nie będziesz mogła nic zrobić. Wiecie co - ja uwielbiałam trzymać moją mała kruszynkę w ramionach, uwielbiałam Ją tulić - zresztą kocham to do dnia dzisiejszego. Nosiłam, kołysałam, tuliłam - i ku zaskoczeniu zgromadzonych miałam czas ugotować obiad, wykąpać się, powiem więcej miałam czas wyskoczyć do fryzjera, czy kosmetyczki - miałam czas tuląc, kołysząc i nosząc zadbać o siebie. Więc o ile macie taką potrzebę, a gorąco wierzę, że tak właśnie jest noście, kołyszcie i tulcie.

Zacznij od warzyw, bo jak Mała zasmakuje w słodkich owocach to warzyw nie będzie chciała - z ręką na sercu zastosowałam się do tej rady - pamiętam pierwszy uparowany ziemniaczek i marcheweczkę - pamiętam także jak Niunia zrobiła ble - tym oto ziemniaczkiem i marcheweczką - po kilkudziesięciu próbach - poszłam po rozum do głowy, posłuchałam serca, intuicji czy co tam było akurat i dałam Niuni jabłko, potem był banan, gruszka.
I wiecie co - warzywa są dodatkiem, niestety koniecznym bo Mała do dzisiaj robi ble na widok marchewki za to jak widzi ziemniaczka to krzyczy mniam mniam.

Trzecia - nie zabieraj do szpitala ładnych rzeczy  - czemu, - bo to nie rewia mody, a dla dziecka upaprzą Ci wszystko w piochtaninie. W pierwszej chwili pamiętam, że "położyłam uszy po sobie" i grzecznie przytakiwałam, ale za chwil kilka obudziła się we mnie prawdziwa ja - dlaczego mama wyglądać jak kopciuch, bo co bo mam urodzić, a moje nowonarodzone dziecko mam ubierać w stare, zniszczone ubranka. - O nie co to to nie.

Fakt rodziłam w szpitalnej koszuli - bo rodziłam za wcześnie i nie byłam nawet spakowana, a gdy odeszły mi wody to nie było czasu na pakowanie - i nie żałuje, zaraz po super szybkim porodzie wykapałam się i przebrałam w czyściutką, pachnącą koszulkę, a tą szpitalną polożna od razu zapakowała do śmieci.

Fakt - upaprali mi śliczne, cudowne maleńkie ubranka fioletowym paskudztwem - upaprali tym także sliczny kocyk i ręczniczki - ale cóż wszystko można wyprać - tak też zrobiłam i nadal mogłam się cieszyc tymi małymi, ślicznymi - pieczołowicie wybieranymi na tą okazję ubrankami.

Jaki z tego wniosek - Mamy - słuchajcie rady, ale dzilcie je zawsze przez dwa i bierzcie z nich to co podpowiada wam Intuicja.

sobota, 1 grudnia 2012

Dywan - znaczy się dodatki

Pokoik Niuni ewoluuje od chwili Jej narodzin - z racji bardzo niespodziewanego porodu ( za szybko o 6 tygodni), pierwsza odsłona pokoiku to "magazyn" - tak, tak - dobrze napisałam. Było tam wszystko począwszy od cekolu skończywszy na płytkach.

Druga odsłona - to pokoik (pomalowany) gdzie stało łóżeczko w którym niunia nie spała (spała w kołysce w sypialni rodziców), a i była jeszcze komoda i trochę zabawek.

Trzecia odsłona - to czas w którym - matka wariatka - ręcznie namalowała Niuni na ścianach MISIE - pokoik zaczął nabierać kształtów pokoju dziecka. Potem doszedł dywanik z Kubusiem Puchatkiem, inna komoda, szafa, cała masa różnej masci zabawek, książeczek.

Całkiem niedawno Niunia przesiadła się do "dużego" łóżka oraz wzbogaciła się o mebel na kartony, skrzynki, pudła - bardzo fajna rzecz.

A teraz - z powodów od nas niezależnych - a zależnych od Stefana - naszego kota - musimy/chcemy kupić dywan - tamten uległ rozczłonkowaniu.

Szukałam w sklepach, w których można postawić nogę, szukałam w sklepach internetowych - i nie ukrywam, że nie ma nic fajnego. Dywan oczywiście musi spełniać pewne parametry:
- musi być gruby,
- rozmiar 120x170
- powinien mieć motywy dziecięce

Znalazła coś takiego
1.




2.



3. 



4. 



Moim faworytem jest nr 4 - niestety nie spełnia jednego z wymagań - nie jest to gruby dywan.

A Wy jak myślicie?

sobota, 24 listopada 2012

Z drugiej ręki

Długo zastanawiałam się czy poruszyć ten temat, ale w dobie second hand'ów - pomyślałam - dlaczego nie?

Nie znam osobiście kobiety, która chociaż raz nie kupiłaby czegoś z drugiej ręki - oczywiście łatwiej przychodzi nam kupowanie ciuchów, dodatków dla siebie - ale czy kupujemy dla naszych pociech - wyczekanych, wychuchanych?

Tak - ja kupuje, a raczej kupowałam - ponieważ niunia weszła w wiek, z którego ciężko jest kupić coś w second hand'ie w dobrym stanie - coś co jest nie zniszczone i da się w tym chodzić. Wcześniej udawało mi się "wygrzebać" prawdziwe perełki, istne cuda za grosze.

Ok, a czy Wy sprzedajecie po waszych pociechach ciuszki? - Mi się zdarzało - częściej jednak oddawałam je dla tych którzy mieli gorzej, którzy potrzebowali - no cóż wychodzę z założenia, że ja się nie wzbogacę, a ktoś inny skorzysta. Tak wyznaje zasadę, że Karma wraca - moja kiedyś do mnie też wróci.

W zasadzie nie o tym chciałam pisać - pojawił się u nas ostatnio problem z zabawkami, którymi Niunia się już nie bawi - nie bawi się bo albo z nich wyrosła, albo były to nietrafione podarunki - a było takich sporo. I co tu z tym fantem zrobić - trochę oddałam - ale cała masa tego jeszcze została.

Okazuje się, że ma talent i smykałkę do handlu - zrobiłam dwa zestawy, obfociłam je i wystawiłam na jedną ze stron - poszły od razu - a bo miały niską cenę, były w bardzo dobrym stanie - okazuje się, że Niunia nie niszczy zabawek - a ponadto były to dobre, markowe zabawki.

Co z tak zarobionym groszem - jak to co - Matka - Wariatka (czytaj ja) kupi Niuni nowe coś - może tto zabawka, a może coś do pokoiku - a może wrzucę pieniążki do Świnki skarbonki - i Niunia sama za jakiś czas coś sobie kupi.

A jak Wy robicie?

sobota, 17 listopada 2012

Dzieci lubią Misie, Misie lubią dzieci ....

Tak, tak LUBIMY MISIE :)

Nie wiem czy przypadkiem zamiłowanie Niuni do Misiów nie jest moją "winą" - hm... winna - ja osobiście uwielbiam Misie - a wszystko za sprawą Misia Uszatka - bohatera mojego dzieciństwa. Bajka to jedno, ale ja miałam swojego prywatnego, osobistego Misia Uszatka, którego "taszczyłam" wszędzie ze sobą :)

Potem kiedy byłam już duża - może nawet za duża na Misie - pojawiła się moda na Kubusia Puchatka - pamiętam, że zbierało się wszystko co tylko miało znaczek Puchatka. Kiedy udało mi się pojechać do EuroDisneylandu - co mogłam sobie przywieźć jak nie pamiątki z Kubusiem - i tak ja - dwudziestoparolatka - przywiozłam torebkę i portfel z Kubusiem.

A teraz do rzeczy - Niunia pokochała Misie miłością pierwszą, prawdziwą - i to chyba za moją sprawką - bo kiedy była jeszcze mała - a konkretnie miała kilkanascie dni - Matka Wariatka na ścianach pokoiku namalowała Misie - ale nie Kubusia - tylko takie prawdziwe pluszowe misie.

Oto jeden z nich
W pokoiku Misio nie czuje się samotny bo jest ich w sumie tych namalowanych cztery - a do tego cała masa pluszowych - małych i dużych. A Niunia - nosi je, śpi z nimi, bawi się nimi - towarzyszą jej wszędzie - do przedszkola, do dziadka, na spacer, a nawet na nocnik :)

Wczoraj do kolekcji dołączył jeszcze jeden - bardzo szczególny miś - polowałam na niego od dawna - aż się udało - przedstawiam Wam nowego MISIA



Prawda, że piękny :)

A tutaj jeszcze półka pełna pluszaków - oczywiście nie mogło zabraknąć Misiów - te dwa giganty - Niunia dostała na pierwsze Mikołajki :) - nie do buta, a do skarpety :)


środa, 14 listopada 2012

Domowy szpital


Doigraliśmy się :(
Chorowanie ciągnie się u nas od początku listopada – zaczęła Mała Księżniczka – standard od kaszlu, kataru – Matka Polka (znaczy ja) dzielnie potruptałam z dzieciem do lekarza .
Diagnoza – osłuchowo dobrze
Zalecenia – higiena nosa, na kaszel psik, piski, w razie gdyby pojawiła się gorączka podawać coś na zbicie.
Na moje pytanie czy dziecko może uczęszczać do przedszkola – usłyszała , oczywiście że tak – przecież wszystkie dzieci są w podobnym stanie. Hm… Mała została tydzień w domu z dziadkiem .

Po tygodniu wróciła do przedszkola – silna, zdrowa :) - ale zachorowała Matka Polka :( - standard kaszel, karta – nie poddawałam się do momentu, aż straciłam głos, a przełykanie powodowało płacz – potruptałam do lekarza – nic specjalnego poza zwolnieniem nie dostałam.
Po dwóch dniach byczenia się na zwolnieniu dołączyła do mnie Niunia – z gorączką 39,9 – dziecia w samochód i na pogotowie – a tak – osłuchowo czysto – proszę wykonywać higienę nosa, w razie gorączki zbijać.

Ręce opadły mi do samej ziemi – strach o dziecko – bo tak wysoka gorączka to nic dobrego tym bardziej, że gorączce się u nas podobało – i bardzo ciężko było się jej pozbyć. Dzisiaj jest już (odpukać) lepiej – ale jeszcze bez spokojnej głowy – bo wieczorami paskuda do nas powraca.
A co lekarz pediatra – „Tak może być – to wirus”